fot. Hubert Komerski

Dziecko,Lifestyle,Mamy Tematy,Taty Tematy

Grzegorz Markowski – rockman, ojciec i dziadek. Lider zespołu PERFECT w trzech odsłonach [wywiad]

9 mar , 2015  

 

O miłości rodzica do dziecka i dziadka do wnuka. O byciu ojcem i życiu w trasie. O biedzie i ciężkich czasach Stanu Wojennego. Zapraszamy na wywiad z Grzegorzem Markowskim, liderem zespołu PERFECT.

 

Tomasz Zielonka: Trzydzieści pięć lat temu rodził się zespół PERFECT, w tym samym czasie urodziła się również twoja córka Patrycja. Czy łatwo było pogodzić bycie wokalistą rockandrollowego zespołu i bycie tatą?

Grzegorz Markowski: Chyba nie… (śmiech). Myślę, że była to kwestia rozdzielności psychologicznej. Masz dwie role do zagrania i w obu musisz być autentyczny. Na koncercie wbijasz się w ciężkie buty rockandrollowca, a potem w domu zdejmujesz je i zakładasz ciepłe kapciuchy. Musisz wrócić do rodziny i stać się facetem od pieluch, tulenia, opowiadania bajek i odrabiania lekcji.

fot. perfect.art.pl

fot. perfect.art.pl

 

Jak wyglądały wasze rodzicielskie początki?

To był dramatyczny dla nas czas, wszystko determinowała bieda. Moja żona była tancerką, ja „wyjeżdżającym facetem”, trzeba było zarabiać. Na szczęście mieliśmy taką sąsiadkę, już nieżyjącą niestety, która opiekowała się Patrycją pod naszą nieobecność. W tych ciężkich czasach była dla nas wielkim wsparciem rodzicielskim, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Generalnie było ciężko, ale dało się to wszystko pogodzić.

 

Jak w tym wszystkim odnajdywała się Patrycja?

Bardzo dobrze. Patrycja na szczęście od narodzin była rockandrollowym dzieckiem. Pełna energii, trochę niesforności, miała dużo wyobraźni i te nasze emocje przynoszone do domu jakoś jej pasowały. Oczywiście był to czas częstych wizyt  kolegów, siedzenia do późna, itd.  W każdym aspekcie naszego życia ona się w tym wszystkim bardzo pięknie mieściła. Pamiętam, że „po swojemu”  nazwała sobie naszego gitarzystę Andrzeja Urnego  panem Delusiem.

No i tak „Pan Deluś” stał się jednym z jej pierwszych „chłopców”, na którego zwróciła swoją uwagę. Chłopcem, który był oczywiście starszy od niej o 30 lat, ale wtedy to nie miało dla niej znaczenia (śmiech).

 

Tak, jak wspominałeś, początki to dla Was trudny czas, tymczasem dwa lata po narodzinach Patrycji w Polsce wprowadzono Stan Wojenny. Dla rockowego zespołu koszmar. Dało się wtedy normalnie zarabiać?

No nie dało się normalnie zarabiać, to był dramatyczny czas (na czas Stanu Wojennego zespół zawiesił swoją działalność – przyp. red.)

 

Co szczególnie utkwiło ci w pamięci z tamtych dni?

Pamiętam, że zagraliśmy wtedy ostatni koncert w Novotelu w Gdańsku. Przy stole siedział Jacek Kuroń i podszedł do niego Zbyszek Hołdys mówiąc Jackowi, że chciałby założyć związek zawodowy muzyków rockowych. Na co Jacek Kuroń, zapytał trochę sarkastycznie: „a jak się chcecie nazywać – Pięciolinie?”

Do domu wracaliśmy już w Stanie Wojennym, bez przepustek,  jadąc naprzeciw czołgom, które były porozstawiane przy głównych trasach w kraju.

 

A jako ojcu i głowie rodziny?

Walka była dosłownie o wszystko, nawet o mleko. Nie mówiąc już o takich rarytasach, jak banan, którego, gdy przyniosłem raz na jakiś czas do domu, to z żoną mogliśmy na niego tylko popatrzeć, bo oczywiście zjadała go Patrycja.

fot. perfect.art.pl

fot. perfect.art.pl

 

Jak zdobywało się wtedy produkty dla dziecka? Jak to wyglądało?

Bardzo słabo, wszystko „na ryj”. Na popularność zespołu Perfect. A to owoc, a to kawałeczek cielęciny spod lady dostałem. My z żoną tylko wąchaliśmy i łykaliśmy ślinę (śmiech), wszystko było dla dziecka. Nie powiem, można było sobie dać radę, bo tak już jest, że bieda i trudne sytuacje bardzo ładnie zespalają Polaków. To jest taka klamra naszej tożsamości narodowej, że jak jest naprawdę słabo, to wtedy się kochamy, jesteśmy solidarni i pomagamy sobie nawzajem.  Chociaż muszę powiedzieć, że była to dla nas naprawdę duża lekcja pokory.

 

Stan Wojenny się skończył, na nowo zaczęło się granie. Zabierałeś córkę w trasy koncertowe?

Nie, absolutnie, w trasy koncertowe jej nie zabierałem. To były naprawdę katorżnicze wyjazdy. Jechało się w bardzo słabych warunkach, niewygodnym samochodem, nie było co jeść, nie było specjalnie gdzie spać. Na to bym dziecka nie skazał. Żyło się niehigienicznie i dziecko nie mogło na to patrzeć. Ale pamiętam, że ona wtedy czekała na nas i na nasze opowieści z wyjazdu. Dlatego zawsze jak wyjeżdżałem, to przywoziłem jej cokolwiek co można było kupić, jako pamiątkę.

To były rozdzierające rozstania. Musieliśmy odwracać jej uwagę, uciekać z domu, jak złodzieje, wychodziliśmy kiedy nie widziała.

 

Teraz pewnie cię lepiej rozumie?

Robi dokładnie tak samo (śmiech).

 

Czy będąc dzieckiem Patrycja śpiewała z tobą?  

Tak śpiewaliśmy razem. W osiemdziesiątym szóstym, gdy nagrywałem płytę Kolorowy Telewizor, pamiętam jak mała Patrycja  stawała na krześle w studiu Polskich Nagrań i śpiewała chórki w niektórych piosenkach.

 

Jak się czułeś, gdy zobaczyłeś, że Patrycja idzie w twoje ślady. Byłeś dumny gdy zobaczyłeś ją na scenie, wspierałeś ją, czy raczej chciałeś dla niej czegoś innego? 

Miałem wątpliwości, ale wiedziałem, że jest zdeterminowana, muzykalna, ma fajną barwę głosu i przede wszystkim dostała talent. Wiedziałem oczywiście, że jest to bardzo trudny zawód, szczególnie dla kobiety. I jeśli chce się pogodzić rolę żony i mamy, to ciężko jest to jednocześnie realizować. Obserwując ją jednak widzę, że doskonale to sobie poukładała i naprawdę zdaje te egzaminy na piątkę z plusem.

fot. Marta Zielonka

fot. Marta Zielonka

 

Teraz jesteś również dziadkiem. Patrycja na Facebooku zamieszcza filmiki, na których razem z wnukiem robicie „jam Session”. Jak się czujesz w tej roli, czy prawdą jest, że dziadkowie dla wnuka są w stanie zrobić wszystko?

Oczywiście że tak. Są w stanie zrobić absolutnie wszystko. Ja w nim widzę taką małą Patrycję sprzed lat. Jest do niej podobny fizycznie i psychicznie, chociaż jest chłopcem i myśli trochę inaczej. Jest to taki wolny człowiek, ale przy tym bardzo delikatny, wrażliwy. Przytula inne dzieci, kiedy są smutne, pociesza je. Jak ktoś płaczę to jest wtedy taki cały przejęty ludzkim losem, ludzkim smutkiem. Jest mi bardzo bliski pod tym względem. Bezapelacyjnie, będę jego patronem we wszystkich chwilach. Na dobre i na złe, na całe jego życie.

fot. Marta Zielonka

fot. Marta Zielonka

 

POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 

 

Tomasz Zielonka

Autor Tomasz

Tomasz Zielonka – spiritus movens mamytatytematy.pl – mąż Marty i ojciec Oli, bez wątpienia najpiękniejszego dziecka na ziemi. Od 10 lat związany z mediami od radia przez telewizję po Internet i blogi. Żyć nie może bez dobrego piwa, tłustego jedzenia i polskiej piłki nożnej. Domorosły kucharz, pływak i rowerzysta.

, , , ,