Filmy,Lifestyle

Od chuligana do gentelmana. „Kingsman: Tajne Służby”

12 Lut , 2015  

 

Urok lat 60-tych

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku wciąż pozostają dekadą najsilniej oddziałującą na zbiorową wyobraźnię, czego dowodem jest chociażby sukces „Mad Men”. Sam jestem pod nieodpartym urokiem tej dekady – chyba pierwszego w historii okresu tak rozpowszechnionego dobrobytu. Lata sześćdziesiąte to najlepsze polskie filmy. Lata sześćdziesiąte to najlepsza muzyka (nie tylko Beatlesi i Stonesi, ale również Herbie Hancock i Quincy Jones). To okres przejściowy między sztywnym gorsetem norm społecznych a niemal całkowitym ich upadkiem, jaki przyniosła „rewolta” roku 1968. Wreszcie, to wejście do kin przygód Jamesa Bonda, co spowodowało, że kina i księgarnie zostały zalane nieprawdopodobnymi historiami szpiegowskimi opowiadanymi z przymrużeniem oka lub, w kontrze do panującej mody, realistycznymi opowieściami w tonacji jak najbardziej serio. „Kingsman: Tajne służby” odwołuje się do tego pierwszego nurtu.

 

Kingsman: Tajne służby

Główny bohater, Eggsy (Taron Egerton), to chłopak z nizin społecznych. Bardzo wcześnie stracił ojca, a spragniona męskiego oparcia matka oparła się na brutalnym, mocno podejrzanym prymitywie. Efekt wiadomy: Eggsy z dobrze rokującego, nieprzeciętnie inteligentnego żołnierza stał się chuliganem i drobnym złodziejaszkiem. Po kolejnym zatargu z prawem na jego drodze staje Harry Hart (Colin Firth). Jak się okazuje, ojciec Eggsy’ego był tajnym agentem, który zginął ratując Harry’emu życie. Teraz Harry, wypełniając zobowiązanie z przeszłości, postanawia wziąć Eggsy’ego pod swoje skrzydła, zrobić z niego szpiega-gentlemana, a przy okazji uratować świat przed szalonym milionerem Richmondem Vanetine (Samuel L. Jackson).

„Kingsman: Tajne służby” powstał na podstawie komiksu Dave’a Gibbonsa i Marka Millara (nie mylić z autorem „Sin City”), jest to jednak dość luźna adaptacja. Z komiksu wzięto samą organizację i pomysł, że stary wilk uczy młodego. Czy to dobrze, nie wiem. Faktem jednak jest, że dostajemy kawał porządnej rozrywki. Film jest niewymuszenie zabawny, trzyma w napięciu kiedy trzeba, a wszystko to jest skręcone z niezwykła zręcznością. Nie trzeba być fanem filmów akcji, nie trzeba być nawet wielkim miłośnikiem Bonda i pochodnych. Wystarczy usiąść wygodnie w fotelu i czerpać przyjemność.

Dodatkową frajdę sprawia szukanie odniesień do filmów szpiegowskich z lat 60. Centrala „Kingsman” znajduje się w zakładzie krawieckim, jak w „Człowieku z UNCLE”. Bronią Colina Firtha, tak jak Patricka McNee w „Rewolwerze i meloniku”, jest parasol, a w swoich okularach wygląda on jak młody Michael Caine w „Teczce IPCRESS”, który też tu zresztą gra.

Kingsman, materiały prasowe

Kingsman, materiały prasowe

James Bond wg Tarantino?

„Kingsman: Tajne służby” wygląda jak James Bond nakręcony przez Quentina Tarantino. Gdyby jednak Tarantino naprawdę nakręcił Bonda, powstałby film zły, żerujący na dorobku szacownej serii zamiast ją wzbogacać i strącający ją w otchłań parodii. Niepowaga „Kingsmana”, ponieważ w świecie filmu jest to produkt nowy, w ogóle nie razi, tylko daje satysfakcję z mile spożytkowanego czasu.

Film opowiada o tym, jak ważną rolę w życiu człowieka odgrywają geny: syn najlepszego tajnego agenta, mimo niesprzyjającego środowiska, sam zostaje w końcu najlepszym tajnym agentem. Smaku dodaje tutaj fakt, że reżyser i współscenarzysta Matthew Vaughn jest synem Roberta Vaughna*, gwiazdy „Naszego człowieka z UNCLE”, serialu szpiegowskiego z lat sześćdziesiątych, do którego powstania przyłożył rękę sam Ian Fleming. Tak, geny to bardzo ważna rzecz.

*Tak naprawdę Matthew Vaughn przez wiele lat myślał, że to Robert jest jego ojcem. W wieku trzydziestu lat zrobił badania DNA, z które dowiodły czegoś zupełnie innego. Geny może są ważne, ale dobra anegdota też.

Kingsman, materiały prasowe(1)

Kingsman, materiały prasowe

 

POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 

 

Marcin Gryglik

Autor Marcin

Marcin Gryglik - ur. 1985. Początkujący pisarz (początkujący od bardzo dawna), miłośnik filmu.

, ,