Filmy,Lifestyle

LOST RIVER. PIERWSZY FILM GOSLINGA TO POPŁUCZYNY PO LYNCHU

9 Lip , 2015  

 

Istnieje typ słabego reżysera, który postanowił kręcić filmy dlatego, bo obejrzał jakiś film, uznany dzisiaj za kultowy, doznał objawienia i doszedł do wniosku, że każdy film powinien właśnie tak wyglądać. Najczęściej iluminacja spływa na młodocianych pasjonatów kina poprzez „Pulp Fiction” Quentina Tarantino albo filmy Davida Lyncha. Przy czym taki przyszły/niedoszły reżyser nic z tych filmów nie rozumie i skupia się tylko na walorach zewnętrznych. U Tarantino widzi tylko gangsterów, krew, prowadzone z prędkością karabinu maszynowego dialogi okraszone dużą ilością bluzgów i rozmowy o życiu, które są parodią samych siebie, ale dla przyszłego/niedoszłego stanowią głęboką rozkminę o życiu.

 

Ryan Gosling obejrzał „Blue Velvet” Davida Lyncha i uznał, że tylko tak można robić prawdziwe kino. Napisał więc scenariusz do Lost River, zebrał pieniądze i stanął za kamerą. Przed kamerą mamy zaś piękną i uroczo bezradną Christinę Hendricks, która podejmuje pracę w niby-makabrycznym teatrzyku/kabareciku, aby zachować dom, oraz Iaina De Caesteckera, jej starszego syna, który przeczesując miasto w poszukiwaniu ołowiu na sprzedaż, zadziera z lokalnym bandziorem. Młodszy jest naprawdę młodszy i w ogóle nie interesuje ani nas, ani twórców.

 

Jak już wspomniałem, Gosling chyba niewiele zrozumiał z Lyncha. Zobaczył w „Blue Velvet” oniryczną scenę z bandziorem śpiewającym piosenkę Roya Orbisona i zapisał w kajeciku: „Dać scenę z piosenką śpiewaną przez złego gościa”. W „Mulholland Drive” zobaczył diaboliczny teatr jak ze snu i zapisał: „Pokazać złowrogi teatr, w którym będzie się odwalał jakiś chory szajs”. Obejrzał „Inland Empire” i zapisał: „Umieścić akcję w jakimś mrocznym, postindustrialnym – cokolwiek to znaczy – miejscu”. Zapisał jeszcze kilka innych punkcików, po czym uśmiechnął się i zabrał do roboty.

 

 

Lost River, to film słaby, wtórny i męczący. Nastrój faktycznie jest mroczny, ale to w zasadzie jedyne, co Goslingowi wyszło, a i tak tylko do pewnego stopnia. Dość szybko dochodzimy do momentu, kiedy rzeczy, które powinny zasiewać niepokój w duszach widzów, zwyczajnie ich śmieszą. Gdyby Gosling był Polakiem, to może poznałby przysłowie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Gosling jest Goslingiem, a myślał, że jak obejrzy wszystkie filmy Lyncha, to będzie Lynchem. Filmy twórcy „Miasteczka Twin Peaks”, kiedy powstawały, były świeże i oryginalne. Lost River to tylko naśladownictwo, w dodatku nie najlepszej próby.

 

Film dzieje się w niemal postapokaliptycznej scenerii pełnej zrujnowanych, pustych domów i rozpadających się szkół, jak po przejściu jakiejś zarazy. Na pierwszy rzut oka – znakomita dekoracja. Potem zagląda człowiek do Internetu i się dowiaduje, że to żadna dekoracja, tylko najprawdziwsze Detroit, trup miasta w daleko posuniętym stadium rozkładu. Taki wyszedł Goslingowi komentarz społeczny, jednak poziom filmu wskazuje, że raczej nie było to zamierzone.

 

Ocena: 2

 

POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 

Marcin Gryglik

Autor Marcin

Marcin Gryglik - ur. 1985. Początkujący pisarz (początkujący od bardzo dawna), miłośnik filmu.

, , , ,