źródło: flickr.com/photos/ciadefoto/3218002851/

Dziecko,Mamy Tematy

Nie pytaj za co cię kocham

10 wrz , 2015  

 

…bo lista jest zbyt długa.

Stoję na podwórku kamienicy, w której mieszkam i własnym oczom nie wierzę. Jak to jest możliwe? Ten san materiał genetyczny, to samo wychowanie, to samo przedszkole, te same kreskówki i te same bajki na dobranoc. Tylko że jeden syn z gołym torsem rąbie patyki siekierą przed komórką na drewno, a drugi stoi przy trzepaku i puszcza bańki mydlane.

 

Tak bardzo różni…

Był czas, że najpierw jeden, a potem drugi rozpychali się w moim brzuchu. Ale ja wiem, że od początku ich celem było moje serce. Nie wzbraniało się, żeby ich przyjąć.  Teraz tam się rozpychają, a każdy chce zagarnąć go więcej dla siebie. W tym celu najłatwiej jest wzbudzić poczucie winy u biednej matki i w ten sposób ugrać coś dla siebie. „Zawsze bierzesz stronę Tymka!!”, „Mikołaja pochwaliłaś, a mnie nie!!!!”, „Zawsze wiedziałem, że kochasz go bardziej!!!”… (ilość wykrzykników nie jest przypadkowa). Mogłabym tu wymieniać dalej, mnożyć sytuacje, opowiadać, bronić się i usprawiedliwiać, ale nie ma sensu. Ci, co mają więcej niż jedno dziecko wiedzą o czym mówię i znają temat bardzo dobrze. A ci co nie, i tak by mi nie uwierzyli. Ja sama czasem nie wierzę w to, co słyszę. Staram się traktować ich tak samo, ale oni chyba nie doceniają moich starań. Bo przecież nie mogę przytulić obu w tej samej chwili, jeśli są dalej niż rozpiętość moich ramion. Proste? Proste! Nie dla moich dzieci. Stoję więc na środku pokoju, zerkam na jednego i drugiego, wyciągam do nich ręce, żeby do mnie przyszli (najlepiej w tym samym czasie). A i to nie gwarantuje sukcesu. Awantura wisi w powietrzu.

 

Nie rozumieją, że kocham ich tak samo

Ale zaraz…Tak samo? Czy tak się w ogóle da? Może ta rywalizacja o miłość nie jest nieuzasadniona? Moi synowie to dwa odrębne byty. Inaczej wyglądają, inaczej się rozwijają, mają inny temperament i inne zainteresowania. Skąd więc pomysł, że dwóch różnych ludzi można kochać tak samo? Myślicie sobie: Wyrodna matka, jednego syna kocha bardziej od drugiego! Nie, nie bardziej. Tylko inaczej.

Jest uczucie, które pojawia się na samym początku. Pewna nierozerwalna więź; czysta, bezwarunkowa miłość. To ogrom piękna i  dobra, które nie ma granic i nie jest za coś. Wiecie o czym mówię. Możemy się zastanawiać, czy to natura nas takimi stworzyła, czy jakaś siła wyższa. Jedno jest pewne, gdyby nie „to” uczucie nie bylibyśmy w stanie wytrzymać z naszymi dziećmi. A więc mamy bazę, miłość bezwarunkową.

I tu dochodzimy do miejsca, gdzie miłość jest za coś. Od razu przypominają mi się słowa piosenki Maanamu: „nie pytaj za co cię kocham, bo kocha się za nic!” Cóż, dla mnie to bzdura. Kocham Mikołaja za to, że ma piegi na nosie, zawadiackie spojrzenie, cudnie mnie przytula, opiekuje się młodszym bratem, a jak spadnie z roweru i obedrze kolano, to z powrotem na niego wsiada. Tymka za wielkie niebieskie oczy, niewygodne pytania przy stole (urodziny, imieniny, święta, co chcecie!), świetne poczucie rytmu i powtarzane w kółko i na wesoło: „A co się dziwisz!”. I dzięki tym „za coś” łatwiej jest znieść to „pomimo”. Bo jak inaczej przeżyć dzień, kiedy brudne talerze po obiedzie po raz kolejny zostały na stole, nieodrobione zadanie domowe jest tylko moją winą, a cokolwiek bym nie powiedziała w odpowiedzi słyszę: „I co mnie to!”?

 

Jest „za nic”, jest „za coś” i jest „pomimo”

Dziękuję, więc „za nic”, bo jest moją podstawą i punktem odniesienia, czymś co mnie wypełnia, wzbogaca. Cieszę się moim „za coś”, bo to dzięki niemu rodzicielstwo wciąga, a ja czuję jak ciepło rozlewa się w moim serduchu. I na koniec doceniam „pomimo”. Z prostej przyczyny. Gdyby nie przykre „pomimo”, nie byłoby uwielbianego „za coś”.

Patrzę na bańki mydlane, porozrzucane kawałki patyków na podwórku i na sprawców tego zamieszania. Są moją miłością, są tak bardzo moi. Może za bardzo. Z mojego brzucha, lecz przecież nie należący do mnie. Różni od siebie, różni ode mnie. Myślę o tym jakimi dorosłymi się staną i jak duży mam na to wpływ. Myślę o tym, co robię dobrze i jak wiele im daję. Myślę też o błędach, które popełniam. O tych, które wypominam sobie wieczorami i o tych, których nie widzę, a zostaną mi wypomniane. Cokolwiek się stanie i jakkolwiek będzie, najważniejsze jest jedno. Nie było ich, a teraz SĄ :) Codziennie obdarzani miłością, różną, niepowtarzalną, moją.

 

Interesujące? POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 

Paulina Kochaniak

Autor Paulina

Paulina Kochaniak - ukończyła studia filozoficzne, jest ekspertem w dziedzinie "wszystko i nic". Prywatnie mama dwójki przedszkolaków Mikołaja i Tymka. Lubi amerykańskie kino i bardzo długie książki.

, , ,