Dziecko,Mamy Tematy,Taty Tematy

Nie wierzę politykom. Radź sobie sama matko!

5 maja , 2015  

 

Poszłam dzisiaj złożyć wniosek o przyjęcie mojego dziecka (5 miesięcy) do publicznego żłobka. Jak się niestety okazało o dwa lata za późno. Wiedziałam, że czas oczekiwania jest długi, ale nie sądziłam, że aż taaaaaak długi. Pani kierownik przywitała mnie słowami:

 – Ale wie Pani, że nie ma Pani żadnych szans na żłobek? I nie mówię o tym roku, ale o kolejnym. Nie ma rodzeństwa, nie ma niepełnosprawności, nie ma punktów.

 – Yyyyy – to ja. Tylko tyle mi pozostało.

Wychodząc, trafiłam jeszcze na ochroniarza, starszego Pana, który z miłym uśmiechem spytał:

i co, udało się?

– nie, niestety. Może będzie szansa za 3 lata:/

i widzi Pani, jakich mamy rządzących? w tej telewizji namawiają do rodzenia dzieci a podstawowych dóbr nie są w stanie zapewnić. Lepiej wyjechać z tego kraju, za granicą żłobki to normalna sprawa, nie czeka się kilka lat. A tu… Ech, skurwysyny! – ulało się starszemu panu. Ulewa się i mi.

 

Na każdym kroku. W pracy, w domu, obserwując życie innych. Wtedy, kiedy widzę, jak duża część mojej pensji nie trafia do mojego portfela, jak bardzo netto nie jest brutto i jak bardzo nie wiem gdzie to moje brutto minus netto ląduje i czy kiedyś je zobaczę. Ulewa mi się jak widzę jakie akrobacje czynią moi rodzice prowadzący małą działalność gospodarczą, by móc utrzymać się kolejny miesiąc, by nie dać się zjeść urzędowi skarbowemu, podatkom, coraz to nowym wymyślnym zasadom księgowym, konkurencji dużych sieci marketów. Obniżają wskaźniki bezrobocia w Polsce, a i tak dostają stale po dupie, płacąc krocie za swoją przedsiębiorczość i zaradność. Co jest dla mnie ostrzeżeniem, by 2 razy przemyśleć możliwość założenia firmy w tym państwie. Bo ma się wrażenie, że nasze państwo jak mało które tak bardzo nie lubi swoich zaradnych obywateli.

 

 

Krew mnie zalewa, gdy co miesiąc odprowadzam zdrowotne, a finalnie i tak ląduję w poczekalni prywatnych gabinetów, bo „na enefzet to na wrzesień mogę Panią umówić”. Gdy chcę szczepić dziecko, bo przecież trąbicie mi na około, że trzeba, to muszę przeznaczyć na to jedną pensję miesięczną, bo o refundacji mogę zapomnieć; gdy rodzę dziecko i nie dostaję żadnego wsparcia od państwa, które tylko żali się, że nie będzie komu utrzymywać emerytów za 20 lat. Że młodzi nie rodzą, że starzejemy się, że pracować musimy dłużej. I jak już rodzę, to nie dostaję nawet jednej pieluchy tetrowej. A wszystko to dlatego, że jestem w miarę ogarnięta i jakoś sobie poradziłam w życiu zawodowym. Dlatego nie zasługuję nawet na złamanego grosza.  Ale co tam, nauczyłam się najlepiej jak mogłam maksymy podtrzymującej nadzieję w narodzie – „Jakoś to będzie!”

 

Poszłam na roczny macierzyński, który chwilowo wzbudził moją sympatię do partii rządzącej, by po niespełna 4 miesiącach, zapałać do niej gorącym rozczarowaniem. Bo powrót do pracy może nie być taki prosty, bo będę musiała stanąć na głowie, bez trzymanki, klaszcząc uszami – czyli będę musiała dokonać niemożliwego. I stoję pod tym żłobkiem, słucham tego ochroniarza i czuję, jak moja twarz przybiera grymas ostrego wkur…

 

I znowu płacę karę za to, że chcę trzymać wszystkie sroki za ogon. Chcę pracować i chcę mieć dziecko. 2 sroki, nie tak dużo, a jednak nie do pogodzenia. Nie dostanę żłobka, będę musiała zawalczyć o prywatną opiekę. Zawalczyć, bo to też nie takie oczywiste, że znajdę miejsce w prywatnym żłobku. W dodatku z mojego portfela zniknie lwia część mojego netto, co już nikogo nie obchodzi. No bo pracować trzeba, i to do 67 roku życia. I nagle matka – kobieta wcześniej aktywna zawodowo – staje przed trudnymi decyzjami – jak wrócić do pracy? Gdzie zostawić dziecko? Kto za to zapłaci? Ale kogo to obchodzi?

 

I wiecie co? Nikogo to nie obchodzi! A to tylko dlatego,  że  Nie mają czasu użerać się o sprawy oczywiste, bo muszą nakarmić dziecko, przewinąć, zająć się domem, zrobić zakupy. Przyjmują tą słabą rzeczywistość, taką jaką ona jest.  I za tą nieszczęsną zaradność przychodzi im słono płacić, bo urzędnicy państwowi stale działają w myśl zasady „dopóki się nie odezwą, to nic im nie damy”.

Dlatego wiele z nas nie dostanie żłobków, nie dostanie się do przedszkoli, nie będą miały głosu w sprawie 6latków, nie dostaną dofinansowania do szczepień, dostaną grosze (dosłownie GROSZE) na opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi, nie dostaną becikowego, nie odliczą ulgi na dziecko, nie będą miały lżej.

Dwa lata na żłobek? Serio!?

https://www.flickr.com/photos/kevlar/6122495641/

Flickr.com/photos/kevlar/6122495641/

 

Dlatego w tym roku nie oddam mojego głosu na prezydenta i rząd, którzy zapominają o sporej części społeczeństwa.

Nie chcę wiele, nie chcę 1000 zł comiesięcznie do portfela, chcę sama to zarobić. Ale muszę mieć pewność, że będę mogła spokojnie wrócić do pracy, lokując dziecko w bezpiecznym miejscu. Bo „poradzę sobie” nie oznacza niestety „rozdwoję się”.

 

Nadal nie wiem na kogo zagłosuję.

Dlatego rozgoryczeni mankamentami naszego „rodzicielstwa po polsku” skierowaliśmy kilka pytań o politykę prorodzinną do kandydatów na prezydenta. Nadal czekamy na odpowiedzi. Jeszcze przed wyborami opublikujemy wyniki.

 

Interesujące? POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 Przeczytaj odpowiedzi na pytania o politykę prorodzinną Magdaleny Ogórek

Marta

Autor Marta

Marta Zielonka – od lat związana z Internetem , specjalizuje się w branży performance marketingu. Od kilku miesięcy bez reszty zaangażowana w projekt pt. „Dziecko”. Od grudnia szczęśliwa mama, zakochana bez reszty w przeuroczej Olusi. Najbardziej na świecie uwielbia swoją rodzinę, podróże, dobre filmy, amerykańskie sitcomy, proste kosmetyki i dobre jedzenie, dużo jedzenia!

, , , , , , ,