Filmy,Lifestyle

(NIE)BEZPIECZNY SEKS – „Coś za mną chodzi”

12 Mar , 2015  

 

 

Jak głosi popularny wśród miłośników horroru dowcip, pierwszy zawsze ginie Murzyn. Nieco bardziej wnikliwi widzowie wiedzą jednak, że to nieprawda. Na pierwszy ogień idą ci, którzy uprawiają seks. Tak przynajmniej jest w horrorach amerykańskich. To jeden ze śladów purytańskiej przeszłości (a w niektórych obszarach również i teraźniejszości) Ameryki. Seks, nawet heteroseksualny i zupełnie niewyuzdany, jest tabu, którego złamanie musi zostać ukarane śmiercią z ręki jakiegoś stwora. Rzecz nie do pomyślenia dla Europejczyka.

 

Motyw karania śmiercią za seks przez jakiś nadprzyrodzony byt twórczo rozwinął David Robert Mitchell w horrorze „Coś za mną chodzi”. Główna bohaterka, Jay (Maika Monroe), idzie na randkę z przystojnym i tajemniczym Hugh (Jake Weary). Randka kończy się na tylnym siedzeniu samochodu, gdzieś na odludziu. Po akcie miłosnym Hugh wyjawia Jay, że poprzez seks przekazał jej klątwę. Jay musi teraz przespać się z kimś innym, aby przekazać ją dalej, w przeciwnym wypadku tajemnicza istota dopadnie ją i zabije, następnie zaś wykończy Hugh i wszystkich, którzy byli przed nim.

 

Jak się nad tym zastanowić, to fabuła jest raczej zabawna. Oto zwyczajne nastolatki chciałyby sobie pociupciać, a nie mogą, bo ściga ich spersonifikowana choroba weneryczna. Aby przed nią uciec, trzeba się z kimś przespać, potencjalnemu widzowi już staje przed oczami szereg zabawnych scen, jak bohaterowie szukają partnerów do seksu, przekazują im klątwę i potem tamte biedactwa muszą się męczyć. Ale nic bardziej mylnego. „Coś za mną chodzi”, pomimo niskiego budżetu, to bez wątpienia jeden z najstraszniejszych i najbardziej interesujących horrorów, jakie przewinęły się przez nasze kina w ostatnich latach.

 

Na tę straszność składają się trzy rzeczy. Pierwszą są zdjęcia. Ciemne, z jakby przytłumionymi barwami. Trochę jak ze snu, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy to zwykły sen czy koszmar, ale przeczuwamy, że za chwilę stanie się coś złego. Drugą jest ciężka, syntezatorowa muzyka autorstwa Disasterpeace. Słuchać jej to jak być dźganym w ucho szpikulcem do lodu, jednak idealnie podkreśla ona klimat grozy i nieustannego zagrożenia.

Najistotniejszy jest tutaj sam potwór. Żelazna zasada horroru mówi, że widz najbardziej boi się swoich własnych wyobrażeń o złu, dlatego też ujawnienie się monstrum trzeba jak najbardziej odwlekać w czasie. W „Coś za mną chodzi” potwora widzimy niemal od samego początku, przez co wcale nie jest mniej przerażający. Jest zmiennokształtny, porusza się powoli, jednak z mrożącą krew w żyłach determinacją. Jest jak terminator, tyle że nie ma wyglądu Schwarzeneggera i jest zdecydowanie bardziej brutalny– już na samym początku filmu mamy pokaz jego możliwości.

 

„Coś za mną chodzi” przypomina pionierskie teen-slashery z lat 80-tych. O ile jednak tamte filmy z reguły ocierały się o pastisz czy nawet parodię, to film Mitchella jest robiony na poważnie i to decyduje o jego wartości.

 

POLUB nas na Facebooku i obserwuj na twitterze. 

 

Marcin Gryglik

Autor Marcin

Marcin Gryglik - ur. 1985. Początkujący pisarz (początkujący od bardzo dawna), miłośnik filmu.

, , ,